Styczniowy tydzień na Wyspach Kanaryjskich, cz. 2
OCEANICZNA PRZYGODA
 

Śniadanie zaplanowałem na 7:00 rano. O ósmej przeszkolenie z obsługi jachtu: kilka słów o linach, cumach, szpringach i pracy na odbijaczach manewrowych, omówienie procedur alarmowych, obsługi silnika, rozkładu gaśnic i materiałów pirotechnicznych. Dwa słowa o manewrze odejścia od kei, wyznaczenie stanowisk manewrowych itd. Wiadomo: bezpieczeństwo przede wszystkim. Wszyscy też dostali swoje egzemplarze szelek ratunkowych i pod groźbą ciężkich kar obiecali ich strzec, jak oka w głowie. Silnik już dobrych parę minut pracował na małych obrotach, urządzenia nawigacyjne włączone i sprawdzone, radio VHF przetestowane i w gotowości. Prognoza pogody odebrana, a wszystkie aplikacje w telefonie informowały podobnie: Wiatr  SW, dość silny (5B) i tężejący w kolejnych dniach. Nie było to wieści tragiczne, ale wystarczająco niepomyślne, by zacząć nieustannie monitorować warunki i zwracać szczególną uwagę na każdą nową chmurę, na każdy mocniejszy podmuch wiatru.
To jednak dziwne. Akurat teraz, akurat zimą i akurat wtedy, gdy uciekliśmy z zimowej Polski, wiatr na Kanarach ma wiać z południa przynosząc załamanie pogody. Oczywiście, mówiąc załamanie mam na myśli chmury, deszcz i 15 stopni C, więc do styczniowej aury w Polsce nawet tego nie porównuję, ale skoro już Kanary, żagle, ocean, to chciałoby się człowiekowi trochę słońca, prawda? Ale nie. Przez zdecydowaną większość dni w roku wieje tu NE, południowe porty kryją się wtedy od wiatru bezpiecznie osłonięte przez wyspy, słoneczko świeci, temperatura około 22-25 stopni, no i wiadomo, czego się spodziewać w strefach akceleracji (rejony zwiększonej siły wiatru wiejącego w “dyszach” między wyspami).  

Teraz przez cały tydzień miało być na odwrót. No cóż, jak się miało okazać wiatr - tak jak żeglarze - nie lubi monotonii i postanowił nam o tym przypomnieć właśnie teraz, gdy wychodziliśmy w morze.

W głosach uwijającej się przy linach załogi słychać było zaaferowanie i podniecenie. Przyznam się nieskromnie, że bardzo lubię tę chwilę, gdy zwalniam z uwięzi statek. Załoga dogląda w skupieniu manewru, oddaje ostatnią cumę i nic oprócz tęsknoty już mnie z lądem nie wiąże. Mija stres, wraca pewność siebie. W końcu człowiek o czymś decyduje, ma poczucie sprawczości, wreszcie ma na coś wpływ, jakby zerwał się na tydzień z więzów przepadku. Na morzu zyskujemy tożsamość, stajemy się niezbędni, za coś odpowiadamy i coś od nas zależy. To sprawia, że morze przyciąga. Tak jak dobrych ludzi przyciąga prawda, jak przyciąga piękno i dobro. W tym bezkresie, który łaskawie pozwala się ujarzmić odbija się wieczystość ludzkiego bytowania. Początek i koniec życia. Wystarczy spojrzeć za burtę. Gdy od otchłani dzieli Cię zaledwie kilka metrów laminatu, zdajesz sobie sprawę jaka cywilizacja jest krucha i jak mogą skończyć Ci, którzy chełpią się jej przewagą nad naturą. W tej perspektywie wieczności jako ludzie wciąż wypadamy nie najlepiej. Nie umiemy docenić tego, co mamy. Stawiamy siebie w centrum, tu i teraz, tracąc z pola widzenia rzeczy tak istotne jak przyszłość, zwłaszcza ta nieco dalsza niż własna. Dlatego każdy kolejny rejs jest zawsze jeszcze jedną lekcją pokory wobec sił przyrody, których nie sposób do końca ujarzmić ani do końca zrozumieć. Można je tylko do końca podziwiać.

Oceanis posłuchał swoich maszyn i ruszył powoli między innymi jachtami, zostawiając za rufą łagodny kilwater, bezpieczną keję i wreszcie główki portu San Miguel na południowym brzegu Teneryfy.

Gdzie te czasy, gdy zmęczeni załoganci wybierali w pocie czoła mokre fały grota mozolnie ubierając maszt w białą suknię żagla? Nasz elektryczny kabestan nic sobie nie robił ani z wiejącego wiatru, ani z ciężaru grota, ani z wysokości masztu. Kręcił się dzielnie razem z fałem pobudzony podświetlanym przyciskiem i trzeba było jedynie uważać, by nikt z rozentuzjazmowanej załogi nie podłożył dłoni pod zwoje liny, lub żeby przypadkiem nie zakręcić jakiejś innej. Wyszliśmy za falochron i choć byłem przygotowany na zafalowanie nie spodziewałem się, że pierwsza fala od razu zaleje pokład, a morska woda zatańczy w kokpicie. Na szczęście żagle tłumią kołysanie i postawiony wcześniej grot już spełniał powierzoną mu przed chwilą funkcję. Zwiększyłem obroty i delikatnie odpadałem od wiatru na prawy hals, żeby móc postawić zarefowaną genuę. Od razu weszliśmy w piętnasto może dwudziestostopniowy przechył. Oceanis poczuł chyba wiatr w swoich żaglach i dzielnie pruł fale, biorąc szarym dziobem każdą kolejną. Na twarzach załogi po chwili niepewności zaczął pojawiać się delikatny uśmiech frajdy. Wiał stały, dość silny wiatr, było pochmurno, ale nie padało, oddalaliśmy się od San Miguel, a Teneryfa pięła się górami ku zachmurzonemu niebu. Jak okiem sięgnąć pustka i fale. Byliśmy jedyną żaglówką w zasięgu wzroku.

Szliśmy ostro do wiatru prawym halsem. Była godzina 10:00 rano w niedzielę. Wiedziałem, że muszę jeszcze pociągnąć tym kursem około godziny, by móc następnie zrobić zwrot, odpaść do półwiatru i obrać kurs na wyspę La Gomera, na której zaplanowaliśmy pierwszy postój, nocleg i zwiedzanie. Załoga wróciła do swoich normalnych zajęć, Kinga, Iwona, Jarek i Maciek ubrani w ciepłe bluzy rozmawiali w kokpicie, a dzieciaki zanurzyły się w wirtualny świat serwowany na zimno przez tablety i smartfony. Rzeczywiście wiatr w kokpicie był mocno odczuwalny. Mimo znakomitej szprycbudy i tak wdzierał się nieproszony za kołnierz i w oczy. I znowu przychodzą na myśl te wszystkie żeglarskie powiedzonka, np: “Nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani żeglarze”. To prawda. Z punktu widzenia natury rzeczywiście nie ma złej pogody, ale mój zmarznięty punkt widzenia podpowiadał mi coś zupełnie przeciwnego.


Po zwrocie nasz Oceanis pokazał co potrafi. Odpadliśmy do półwiatru i z łatwością osiągnął 9 węzłów prędkości. W oddali za mgłą zamajaczyła La Gomera.  Z tą prędkością powinniśmy tam być po południu. Jak na pierwszy dzień rodzinnego rejsu to w zupełności wystarczy. Nie można na starcie przesadzić, ryzykując pogorszenie samopoczucia i spadek formy. Póki co nikt nie chorował, wszyscy na pokładzie podziwiali rozkołysany ocean. Czuliśmy, że żeglowanie we właściwym kierunku to akt w jakiś sposób doniosły. Wyłączyłem autopilota, za sterem stanęła 10 letnia Hania. Z lękiem, ale i wypiekami na policzkach prowadziła szesnastometrowy jacht. Nagle przestało jej być zimno, nie interesował jej już ani smartfon, ani tablet. Żeglowała.

Godziny płynęły, jacht z gracją tańczył na falach, zbliżalismy się do miejscowości San Sebastian. Gdzieniegdzie przez dziury w chmurach nieśmiało przeciskały się promienie słońca, zwiastując ładny i ciepły wieczór. Światła miasteczka obiecywały ciekawe miejsca i dobre restauracje. Zamierzaliśmy tu spędzić cały kolejny dzień. Raz, że prognozy na poniedziałek znowu nie sprzyjały turystycznemu, rodzinnemu żeglowaniu, dwa: wyspa zachęcała unikatowym klimatem, niesamowitą przyrodą i dobrą kuchnią.

Po zrzuceniu żagli taniec na kilka chwil zamienił się w dziki pląs, na szczęście szybko skryliśmy się za długim falochronem. Zgłosiłem przez radio zamiar cumowania, poprosiłem o miejsce i asystę. Rozkołys był bardzo wyczuwalny, a w porcie miało być ciasno. W końcu trwała pandemia, jachty nie wypływały, a niepomyślne prognozy też skutecznie powstrzymywały żeglarzy przed wychodzeniem z portu. Cumowanie longside lewą burtą tuż za główkami przebiegło bez problemu. Keja, choć niewielka i przypominała raczej kładkę niż solidny pomost, była pływająca, więc różnica między wysoką a niską wodą niespecjalnie mnie martwiła. Długość cum nie ulegnie zmianie. Głębokość w marinie była wystarczająca. Jedynym zmartwieniem był tężejący wiatr, który, napotykając opór masztu, sztagu i want wystających zza falochronu niebezpiecznie przechylał stojący prostopadle do jego kierunku jacht. Wydałem jeszcze po dwie cumy, tym razem chwytając stały ląd. Miałem teraz pewność, że nocą nie odpłynę razem z keją, ale i zmartwienie, gdyż wrócił problem długości cum na uciekającej z portu w czasie odpływu wodzie. Zatem załoga szykowała się na kolację, a ja poprawiałem cumy, szpringi, odbijacze i układałem w myślach strategię na noc i kolejne dni rejsu.

Wieczór i noc minęła szczęśliwie i bezpiecznie. Dobrana odpowiednia długość cum zapewniła komfort zasłużonego odpoczynku. Rano mieliśmy wyruszyć na podbój dzikiej, tropikalnej przyrody wznoszącej się piętrami na tej unikatowej wyspie.

Nigdy nie widziałem na własne oczy tylu asfaltowych serpentyn owijających strome zalesione szczyty La Gomery. Wypożyczone samochody pięły się pod górę zostawiając w dole miasteczko, port i ocean. Widoki był zdumiewający i każdy kto kocha góry taką samą miłością jak żagle powinien tu przypłynąć chociaż raz w życiu.


0