STS Kapitan Borchardt
Odcinek 2
 

Potrzeba było wielu żeglarskich sezonów i wielu różnych rejsów, żeby dojść do na pozór oczywistego wniosku, że w zasadzie sezon na żeglowanie trwa cały, okrągły rok.

Dziś wiem, że tak naprawdę tylko od nas rzeczywiście zależy, dokąd i kiedy pożeglujemy. Takie pomysły rodzą się już jesienią. Gdy ucichną mazurskie tawerny, dopalą się ogniska, a jesienny wiatr rozdmucha wesołych żeglarzy po ich szczęśliwych domach, Ci - choć na ogół cierpliwi - nie potrafią długo w tych domach usiedzieć. Ledwo rozpakują torby, ledwo wysuszą sztormiaki, już po głowie snują im się plany, już tylko patrzą,  jak by tu ,,ukręcić'' kilka dni wolnego, by dołączyć do jakiejś załogi podobnych sobie oryginałów.

Kiedy pojawił się pomysł zimowego rejsu żaglowcem Kapitan Borchardt, wahałem się tylko przez chwilę. Pomyślałem: Dlaczego by nie spróbować? W końcu życie zaczyna się na nowo, gdy każdego dnia zrobisz coś ciekawego.

     Dużo ciepłych ubrań, dużo dobrych myśli, bilet na pociąg relacji Olsztyn- Szczecin i w sobotę 27.02 zameldowałem się na pokładzie tego majestatycznego żaglowca. Przycumowany do nabrzeża sprawiał wrażenie dumnego. Arystokrata morza, który  tylko warunkowo pozwala szaremu człowiekowi wejść na swój dostojny pokład. Każdy przedmiot na tym statku miał do opowiedzenia swoją historię. Ponad 100 lat na morzu, tysiące różnych rejsów to musi robić wrażenie i ostatecznie krzepiła mnie myśl, że za chwilę też stanę się maleńką częścią tej opowieści.

Powiecie może, że to nic nadzwyczajnego, że statek jak każdy inny, tyle że większy, więcej żagli, więcej lin, więcej ludzi i...będziecie mieli rację. To wszystko prawda,  ale dookoła prawd oczywistych i znanych krążą jak satelity prawdy niepokorne. Prawdy marzeń i tęsknot  prawdy pragnień i nadziei. Kapitan Borchardt cały emanował właśnie jedną z takich prawd.

Rozpoczynało się zatem zwykłe życia żaglowca. Kolejna załoga, kolejne szkolenia, kolejne uwagi bosmana, mechanika i nade wszystko stanowczy choć niepozbawiony życzliwości i humoru głos Pani Kapitan. Załoganci przydzieleni do swoich oficerów wachtowych nieśmiało próbujący przełamywać dystans nieznajomości, a wszyscy dziwnie niecierpliwie czekają na wieczór, żeby ten rozmył w szantowym śpiewie narosłą w życiu każdego dorosłego niepewność.

Trafiłem do kajuty nr 5. Ta skromna, ale wystarczająca przestrzeń  miała stać się moim azylem od długich nocy na wachcie, mroźnego wiatru i deszczu podczas tego zimowego żeglowania.


To ciekawe, jedna z moich ulubionych szant zawiera proroczy wers, że Bałtyk jesienią całkiem nieźle gwiżdże. Niebawem miałem się przekonać, czy gwiżdże także zimą. Odpowiedź zresztą przyszła szybciej niż się spodziewałem tylko zamiast gwizdu wiatru pojawił się zgrzyt łamanej przez kadłub kry na Odrze. Co prawda wiatr jeszcze nie dokuczał zbyt mocno, ale lód pod kilem wróżył wiele specyficznych atrakcji.

Ostatecznie i definitywnie zabrzmiał głos oficera prowadzącego wachtę nawigacyjną. Arystokrata minął falochrony Świnoujścia i dumnie zmierzał na północ. Kurs North by East, kierunek Bornholm. Po kilku minutach w górę poszedł grot, następnie fok, sztafok i sztaksle przednie. Fale Morze Bałtyckiego z pokorą ustępowały miejsca swojemu staremu przyjacielowi. Rozpoczynał się rejs.

......

Zagrzmiał nad głowami donośny głos bosmana Piotra, rubasznego dżentelmena szanownej postury w wełnianym szarym swetrze, czapce kryjącej czubek łysiejącej głowy i nieodłącznym papierosem w ustach. Bosman na każdym statku to oddzielna legenda do opowiedzenia i zapamiętania.  Z jednej strony surowy wzrok i fachowe podejście, z drugiej oszczędny w słowach, życzliwy kompan, który zjadł zęby na morzu i doskonale wie, że łatwo można  wzbudzić zwykły strach, ale w parze ze strachem nigdy nie pójdzie skuteczna praca. Pan Piotr jednym spojrzeniem potrafił zmobilizować do działania, pokrzepić na duchu i wesprzeć jak było potrzeba, ale gdy ktoś próbował oszukiwać, nie umiał tego zrozumieć. Oszustwo w żeglarstwie nie uchodzi, było to sprzeczne z jego pojęciem przyzwoitości. ,,Kłamać to rzecz należna ludziom ohydnym, a dla takich na morzu nie ma miejsca''. - mawiał, zaciągając się papierosowym dymem. W tych prostych na pozór słowach kryła się jakaś ostateczność,  jakiś bosmański etos, wobec którego każdy z nas milczał i myślał.

Tymczasem płynęliśmy. Wybrzeże powoli znikało klejąc się do horyzontu, słońce zaszło i powiał mroźny zachodni wiatr. Około 0030 przypadła moja kolej na sterowanie. Bez pojecia o prowadzeniu żaglowca, ale z wielką ochotą i dużą porcją dobrych chęci stanąłem za kołem sterowym.

Całe szczęście, że ktoś dużo mądrzejszy ode mnie wymyślił dawno temu powiedzenie, że początki zawsze są trudne. 10 stopni w lewo, potem kolejne 10 w prawo, koło sterowe sobie, sternik sobie, a Kapitan Borchardt zupełnie gdzie indziej, jakby od razu rozpoznał nowicjusza i postanowił dać mu lekcję pokory.

Po kilku chwilach chaosu za sterem w sterówce pojawiła się Pani Kapitan. Spojrzała na przyrządy, ekran plotera GPS i na moją sfrustrowaną twarz i powiedziała:

Po kilku fachowych uwagach i kilkunastu minutach praktyki Kapitan Borchardt posłuchał się steru i szedł dzielnie z właściwą sobie gracją w lekkim przechyle. Lubię myśleć, że wtedy nad nim zapanowałem, ale prawda była inna. To wreszcie on znudzony ciągłym myszkowaniem łaskawie pozwolił żółtodziobowi się poprowadzić. Pewnie nawet miał z tego uciechę, patrząc na rumieńce zachwytu pojawiające się na zmarzniętej twarzy nowicjusza za sterem żaglowca.

Z każdą kolejną falą Morze Bałtyckie otwierało przed nami swoje tajemnice. Ciemną noc zakłócały zielone i czerwone refleksy na wzbijanych przez dziób bryzgach fal. Prowadziłem żaglowiec nocą. Kapitan Ania stała obok wpatrując się w noc przed dziobem ze złożonymi za plecami rękoma. Wyglądała jak zapatrzona w ciemność tajemnica.

c.d.n

Tomasz Kukliński

0